Tangerine Dream – Preston , November 5th 1980

Bardzo mi się ten koncert podoba! Dużo improwizacji, kawałki z przełomu epok TD (starej i nowej), Edgar na gitarze elektrycznej. Naprawdę świetny bootleg.

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under muzyka

practice with oneam

Przez moment myślałem, że to jakiś wywodzący się z dawnej Czampy instrument muzyczny i maczuga w jednym, ale chyba jednak chodzi o wietnamski zespół pieśni i tańca – One AM ;)

20:30-warsztat kamasutry (prow. AA;)

Podoba mi się, że wietnamska instruktorka fitness wygląda niczym liderka ruchu religijnego / doradca finansowy. Gdyby miała golfik i czapeczkę wyglądałaby może jak asystentka Saxona w Wejsćiu ;)

Żartuję. Zapewne jest świetna w tym, co robi. Darmowe zajęcia spoko. Tak tylko informuję.

Przy okazji: sklep Asia Market się poszerzył -i to znacznie!- przez połknięcie sąsiadującego salonu kosmetycznego. Tego bardzo gaoji. Chyba Home Spa, o ile dobrze pamiętam.. Wygodnie tam się teraz kręcić. Cenowo dupy nie urywa i przegrywa w tej konkurencji z Boginią Gua Susu po drugiej stronie ulicy ALE ma bezsprzecznie lepszej jakości owoce i świeższą zieleninę. No i dalej sajgonki zawija na miejscu miła pani!

Ngondeg

P.S.

Te owoce, to pięta achillesowa Hue Phien. Dziś spotkałem na bazarze znajomą i okazuje się, że miała podobne doświadczenia z reklamacją zepsutego duriana, co ja z zepsutym ananasem. Nie mogę tego pojąć, bo Bogini Gua Susu jest zazwyczaj kochana.

Dodaj komentarz

Filed under inne, kultura fizyczna

Jedzenie z Czung Bo w Alei S

Wreszcie jakaś odmiana! Okazało się, że barek prowadzony przez Baronicę serwuje dania ze środkowej części Wietnamu – Trung Bộ, jako że i ona stamtąd pochodzi :) Wietnam dzieli się na trzy regiony/krainy: północną, środkową i południową, tak na marginesie. Correct me if I’m wrong, ale mam wrażenie, że większość polskich Wietnamczyków pochodzi z północy kraju i choć czasem jakieś danie (np. bun bo Nam Bo – makaron ryżowy z wołowiną na modłę Nam Bo, czy bun bo [z] Hue) się przebije do menu, to jednak generalnie jesteśmy wyeksponowani na północną kulturę kulinarną Wietnamu. Oczywiście to tylko -jak napisałem- wrażenie. Nie znam języka, nie mam wietnamskich przyjaciół. Czasem przeczytam jakiś artykuł na necie, czasem pogadam pidżinem i językiem migowym z kimś na Bakalao, czy coś przełożę z jako takiej znajomości Chin, co też może prowadzić do błędnych interpretacji btw, so u know..

zupa z wołowiną

W każdym razie, skoro poprzedniego dnia B. pokazała mi na telefonie nowe danie, które oferuje, a dziś oprowadzałem akurat mięsożernego kolegę, to namówiłem go do degustacji, by -nie ukrywam- podlizać się Baronicy, w nadziei że może w końcu zrobi dla mnie tę kuguę, co mi kiedyś obiecała ;p

widok na świętą topolę Alei S

Tak więc skosztował i o dziwo chwalił bardzo, a wybredny jest. Mięso uchwycone idealnie. Miękkie, lecz nie „paziaja” (takiego użył terminu) i ponoć lekko tłustawe, ale nie w złym tego słowa znaczeniu -bardziej jakby z „poślizgiem”, więc może z części graniczącej ze stawem czy coś (?) Domowe jedzenie. Koszt 15 zł. W cenie wliczone są dwie kajzerki, co przybliża tę ofertę gustom bułgarskim i powoli jakbym zaczynał widzieć tam coraz więcej niewietnamskich klientów, choć dalej są to głównie bazarowi handlarze. To jest barek przede wszystkim nastawiony na nich. Jakby ktoś chciał zmienić te proporcje na korzyść bazarowych klientów, to przypominam, że Baronica serwuje jedzenie w Alei S tuż za cukiernią Tien Hoa.

Teraz sobie uświadomiłem, że nie opisałem jeszcze jej zarąbistych naleśników (bánh xèo) :/

Ngondeg

3 Komentarze

Filed under żarcie i picie

kupowanie skrzatów

Tak, otóż jest coś takiego jak wrocławskie krasnale, a dowiedziałem się o tym towarzysząc dwóm inżynierom z Tajwanu w podróży służbowej. Łaziliśmy po starówce i jeden z nich spytał mnie nagle, czy te figurki, to czasem nie dìjīng [地精]. Wtedy dopiero je dostrzegłem, a są wszędzie.. and yes, they are indeed earth goblins :]]

To nawet nie byłoby warte wzmianki, gdyby nie fakt, że po obiedzie ów inżynier nieśmiało poprosił, byśmy przed powrotem weszli na moment do sklepu z krasnalami, który był przyuważył. To też jeszcze by uszło, ale ten sklep nie tyle, że oferuje pamiątki z Wrocławia z krasnalami między innymi, co jest wypełniony pieprzonymi dijingami po brzegi, a nasz Tajwańczyk dostał pierdolca.

– Spytaj po ile są. Zadał pytanie, na które pani Ukrainka sklepowa odpowiedziała, że od kilkunastu po kilkaset złotych w zależności od rozmiaru. – A ten? Pokazał jednego ze średnich. – W przeliczeniu 17 euro. Informuje pani. Już mu miałem powiedzieć „dobra, spadamy” ale zanim zdążyłem, on: – Łaa! Ale tanio! Po czym poprosił nas o opuszczenie sklepu – on sobie sam pobuszuje. Przed wyjściem jeszcze zażartowałem, że wszystkie dijingi i tak pochodzą z Yiwu, ale nie wiedział co to Yiwu.. Jednak Tajwańczycy to inny gatunek Chińczyków.

Wyszliśmy więc na parę minut, a gdy wróciliśmy już dokonywał transakcji. Kupił dijingów na kwotę 43 euro, co pewnie nie brzmi tak dobrze gdyby wydał 4300, ale zawsze :)) BTW, jak kupujesz pierdół za 200 zeta, nie dostajesz plastikowej torebki a 5 oddzielnych papierowych, tak więc biedak szedł z dijingami przyciśniętymi do piersi, co wyglądało jakby je zrabował albo uratował z płonącego domu ;]

Nawet tak obładowany fotografował każdego skrzata w drodze do samochodu. Nie przepuścił ani jednemu. W sumie nie wiem, czy gnome shopping frenzy jest jednym ze znamion upadku cywilizacji, czy to że Tajwańczycy chodzili praktycznie non-stop w maskach przez bite pięć dni zdejmując je tylko przy jedzeniu. Chronienie starców, dzieci, bla bla, a po powrocie obowiązkowa siedmiodniowa kwarantanna (800 USD) z opcją przedłużenia, gdy test wyjdzie pozytywny, „więc rozumiesz”. Ech.. Szkoda, bo generalnie bardzo sympatyczne chłopaki.

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under inne, wypady bliższe i dalsze

pjękny młodzieniec

Tytuł nie wskazuje na Roberta (nic nie ujmując;) nawet nie jest nazwą modelu Saluki, który go wyprodukował, a jest mianem, jakie janczarowie nadali łukom tego typu. Ponoć były barwione na bordowo lub złoto i zdobione. Janczarao lubiao chłopcao i generalnie gejao, stąd takie skojarzenia. Tak twierdzi Robert – znawca militarnej kultury tureckiej. Ja tylko powtarzam za nim ;)

Jakby nie było, fajny łuk, dynamiczny mimo kilkunastu lat na karku, a strzały latają zeń pięknie :)

ok. 50#

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under łucznictwo

chili krzyżują się jak psy!

Rok temu posiałem ziarenka z papryczek chili od Bogini Gua Susu i z tych prawie nieostrych, trochę dłuższych papryczek zielonych z Aldi (choć pewnie one też z czasem przechodzą w czerwień). Te od BGSS wyrosły ładnie zaś ta z Aldi wyglądała tak żałośnie, że się zastanawiałem czy jej nie usunąć. Okazało się jednak, że to właśnie ona zaczęła kwitnąć najwcześniej i najwcześniej zaczęła rodzić owoce. Ponieważ nie byłem pewien czy papryczki są samozapylające, trochę im pomagałem, przyznam :)

od krzaczka do talerza

Wyszły bardzo ostre! Ok, nie to że najostrzejsze jakie kiedykolwiek jadłem, ale naprawdę mocne. Na pewno nie miały tego po mamie. Są też na wielkość pomiędzy jedną odmianą a drugą. Usmażyłem z jajkiem i pomidorami do xôi gotowanego na parze. Bardzo dobri!

Czekam na kolejne. Z tej i z pozostałych krzaczków. Może zdążą dać plon przed jesienią. W ogóle to bardzo ładna roślina :)

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under inne, żarcie i picie