Tag Archives: Wietnamczycy

Tshaam Littéraire – język ogłoszeń „dam pracę”

Chyba że kucharz ma gotować w odjechanym barze go go, a ja jestem głupi :)

Ngondeg

3 Komentarze

Filed under inne

no flag no święto

Gdy w ostatnią niedzielę wałęsaliśmy się z Adasiem bez celu po Bakalao, zauważyliśmy hordy Czamek odpindrzonych że hej (w wersji blachao lub aodao) walących do San Ho na piętrze kompleksu Asian Town.

Ki diabeł?! Spytaliśmy niezawodną Boginię Gua Susu i jej Jaspisową Pomocnicę. Okazuje się, że Wietnamczycy 10 października świętują wyzwolenie Hanoi w 1954 r. Niedziela, to był 9 października co prawda, ale -wiadomo- w poniedziałek słabo się świętuje.

I wtedy się wkurwiłem, bo myślałem, że po prostu wietnamskie gady z kosmosu zrobiły sobie ekskluzywny konkurs karaoke, a bramkarza zatrudniły, co by im żaden nieczysty Non Viet nie zakłócał zabawy. Żenada, ale pewnie mieszkają w Marinie Mokotów i myślą, że tak jest gaoji..

..a tu się okazuje, że święto państwowe. Kuffa, by chociaż flagę Wietnamu na maszt wciągnęli (mogli by przy okazji wyprać tę wyświechtaną ukraińską) ale pewnie nie wiedzieli gdzie kupić albo może się bali wyjść na „komuchów” czy co? Jeszcze rozumiem, jakby tam goście z ambasady byli i przy wejściu postawili chudego tajniaka ze sprężynką w uchu i klamką pod pachą. Nope! Post-Pruszków pan ochroniarz lepszy. Nie ma jak budowanie więzi między narodami :]

Minus 5 punktów.

Ngondeg

4 Komentarze

Filed under inne

kawa z pończochy w glinianym garnuszku

丝袜瓦煲咖啡

Piękny dapaidang, kul szef, przyjemna pani (Lee Kai Sum) i ta kawa wygląda przefajnie tak gotowana. Nawet jeśli smakuje jak zwyczajna wietnamska [nie zdziwiłbym się, jakby to Wietnamczycy przywieźli do Makao]

fotka z Zhihu

Przez moment przyszło mi do głowy, że któraś z Czamek bakalarskich mogłaby się tak wyróżnić od reszty (Baronica ma dobre zaplecze n.p.) ale zaraz otrzeźwiałem, bo krzyknęłyby ze 20 zł za takie coś chyba :]

kawa wietnamska (SAPA)

Moment! KO donosi z Pragi (czeskiej!) że tamtejsi Annamici sprzedają kawę po 100 koron (prawie 20zł) więc może powinienem trochę spokornieć.. Ewentualnie wyrwiemy KO język, żeby drogą werbalną nie zaraził naszych lokalnych sprzedawczyń wirusem chciwości ;))

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under żarcie i picie

świątynia skryta za polem kukurydzy

Tak.

Tschaam Litteraire (tak na marginesie)

Postanowiliśmy odwiedzić wietnamską świątynię buddyjską pod Raszynem w ostatnią niedzielę i po pierwsze okazało się, że nie jest stricte buddyjska; po drugie, że jest zawodowa; po trzecie, że nie jest jedyną w okolicy :)

Punkt drugi najważniejszy ale silnie zależny od pierwszego. Świątynie synkretyczne są najfajniejsze! W świątyni (a może raczej zespole świątynnym;) w Laszczkach znajdują się trzy chramy: jeden buddyjski (zen?) i dwa poświęcone religii ludowej Wietnamczyków. Mieliśmy szczęście trafić akurat na sam środek ceremonii zjednywania bóstw dla ludu w czasie wojen i niedostatku, ale to taką odjechaną, że hej! Profesjonalne medium wpuszczało w siebie kolejno duchy Pięciu Ministrów Królowej Matki (nie pytajcie której, bo tych bóstw matriarchalnych jest w Wietnamie multum, a przemiła skądinąd przeorysza-przewodniczka nie umiała dokładnie wyjaśnić) popijając łyskacza, jarając fajki i potrząsając plastikową szabelką. Bóstwa mają różne osobowości i poza tym, że mają inne zachowania, to rzekomo twarz medium się zmienia odpowiednio przy kolejnych przejściach, ale trudno mi ocenić, jako że przybywałem z tyłu :)

Z drugiej strony w pewnej chwili medium zwróciło się ku mnie, uśmiechnęło i pomachało przyjaźnie. Kurka, że też nie poprosiłem o zamrożenie cen xôi! Kto wie, może w ciele szamanki rezydował akurat Minister Spichlerzy? ;) Atmosferę tej ceremonii można nazwać radosną lecz nie pozbawioną powagi. Podejrzewam, że medium (pani medium!) zapewne przyjechała z Niemiec, czy innego kraju UE, gdzie jest stałe zapotrzebowanie na egzorcyzmy i obrządki świątynne. Zatem na pewno był to dla tej społeczności wydatek. Medium miało asystentkę i asystenta, którzy pomagali przebierać mu się w kolejne szaty, przypalać papierosy, dolewać trunków i zasłaniać wachlarzykami podczas konsumpcji. Cała ceremonia trwa kilka godzin (my byliśmy tylko przez jakieś 30 min) więc to nie hop siup!

W trakcie rytuałów zostaliśmy kilkukrotnie obdarowani banknotami dziesięciozłotowymi. Nie dało rady odmówić lub -po odczekaniu chili- dać komuś ze zgromadzonych. Jeden Wietnamczyk nam potem tłumaczył, że to dla wygody. Normalnie daje się owoce, ale tu prościej te dyszki wręczać. Nie przyjmuję tego tłumaczenia, gdyż owoce dostaliśmy potem i tak na drogę :) Tak czy siak nie przejedliśmy tych pieniędzy w Hanoi Grill, a wrzuciliśmy sprytnie do skrzynki datków w części buddyjskiej. W ogóle wszyscy się do nas uśmiechali i byli most cordial, a pani Hania – „przeorysza” – nie dość, że nie miała nic przeciwko, to wręcz zachęcała do robienia zdjęć. Przez chwilę myśleliśmy, że zawdzięczamy to traktowanie konfuzji wynikłej z tego, iż przekroczyliśmy świątynną bramę wraz z dwuosobową ekipą jakiegoś podcastu (YT?), który był umówiony na dokumentację święta, jednak gdy sprawa się wyjaśniła (dość późno – to inna rzecz) nie wyczuliśmy zmiany nastrojów :]

układ świątyni Chua Thien Phuc

To było w pierwszym budynku świątynnym od strony południa. W środkowym głównym gospodarzem jest Hùng Vương – pierwszy (legendarny raczej) król Wietnamu, po jego bokach zaś siedzą -o ile dobrze zrozumiałem- mityczni rodzice narodu wietnamskiego. Było 100 jaj. Matka dostała 50 i ojciec dostał 50, a wykluli się z nich protoplaści dzisiejszych Wietnamczyków. Tak powiedziała przejęta mniszka :) Nie chciało mi się przed poczynieniem tego wpisu robić extensive study o początkach państwowości Wietnamu, bo nie w tym rzecz, ale zachęcam do poszukania artykułów na necie.

Wujek Ho

W tym pawilonie najciekawszy jednak jest usytuowany po lewej stronie wejścia.. posąg Wujka Ho! To oczywiście Ho Chi Minh – warto zauważyć że napis na tabliczce głosi: Bác Hồ. Mniej formalnie, ciepło i rodzinnie. Wszyscy chyba wiedzą, że w Chinach Mao Zedong został niemal nieoficjalnie deifikowany, ale raczej nie wyszedł poza wizerunek zawieszany pod lusterkiem wstecznym przez taryfiarzy. Na ołtarzu go nie widziałem w każdym razie. Ciekawe. Pani przewodniczka, która nam towarzyszyła w tym pawilonie (nie pani Hania) była mocniej zakorzeniona w buddyźmie i wyczułem, że nie ma specjalnie ochoty na drążenie tematu. No problemo :)

Chram buddyjski jest najmniej interesujący (może o to chodzi!) jako że mieści się w przystosowanym domku rodzinnym poprzednich właścicieli. Ołtarz znajduje się na piętrze. Nie ma na nim piwska albowiem budda czy inna awolekiteśwara (jestem naprawdę nieprzygotowany do tej lekcji) ma wyższe standardy niż deifikowane urzędasy ;) Pani Hania tłumaczyła mi, że z prośbami o dobrego męża, zdrowego potomka, czy pomyślność w prowadzeniu salonu manicure przychodzi się do bogiń czy bogów rodzimych, do buddy zaś w sprawach duchowych. Ma to sens.

lohanowie

Na dole jest kuchnia i pokoje socjalne. Zayebiste zresztą..

meble z tropikalnych drzew Wietnamu

Ogólnie bardzo spodobała nam się aura miejsca. Brak spinki, przyjemna przestrzeń pomiędzy zabudowaniami, pola na zewnątrz.. wszystko to powodowało, że dobrze się tam czuliśmy.

Przed odwiezieniem do głównej drogi (see?) pani Hania poczęstowała nas jeszcze gotowaną kukurydzą (ngo) w wietnamskiej odmianie z pobliskiego pola – more likey :)

Było naprawdę fajnie i nawet nie musieliśmy przepisać aktu własności naszych real estate na związek wyznaniowy przed wyjściem ;)) BTW, pani nam się starała wytłumaczyć, że bliżej Wólki jest druga świątynia założona przez tego samego człowieka, co ta (Thien Phuc) lecz po jego śmierci parę lat temu doszło jakoby do rozłamu między tymi ośrodkami. Rzekomo tamci stali się bardziej ksobni i zaczęli kłaść nacisk na wietnamskość kultu, inaczej niż tu, gdzie panuje większa otwartość. Zacytuję panią Hanię: „Nie ma wietnamskiego buddy ani polskiego. Budda jest dla wszystkich” :)

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under inne

Barbakão Le Hoi

Gdy Kiliński szablę do cięcia unosi, Wietnamka morwę indyjską kawą rosi..

W sumie nawet nieźle im to wyszło, choć w części kulinarnej festynu dominowała raczej chęć szybkiego zysku niż promocji kultury, co -zaznaczmy- nie uszło uwadze ludu warszawskiego. Na szczęście parę stoisk było spoko i części ludzi nie znaliśmy z Bakalarskiej ;]

Było też głośno, jak to na festynach :)

Ngondeg

2 Komentarze

Filed under inne, muzyka, żarcie i picie

Tofu Fighter

Zwróciliśmy uwagę pani, że -skoro już ma tak zarąbistą koszulkę- mogłaby sprzedawać dania z tofu zamiast viet mortadeli, co ją rozbawiło :]

Było to preludium do naszej wyprawy na festiwal, na którym odwiedziliśmy m.in. stoisko.. Asian Town Bakalarska ;p

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under inne