Tag Archives: łucznictwo

kto do ryb strzela od żółwia ginie

stare japońskie porzekadło

Dwie ryciny z XIX wieku:

aut. Ryūryūkyo Shinsai

szczegóły: https://www.jstor.org/stable/community.18681411

aut. Onishi Chinen

szczegóły: https://www.jstor.org/stable/community.18402819

Pierwszy obrazek „Halibuty z łukiem i strzałą na wiśniowym drzewie” całkiem oryginalny, owszem, ale ten drugi (bez nazwy) – totalnie od czapy! Czy to motyw legendy o żółwiach samurajach? Nie jest to „origin story” Wojowniczych Żółwi Ninja – sprawdzałem :) Być może na jakiej Okinawie używano skorup żółwich za ochronę pleców? Czy też jest to odwołanie do szkoły łuczniczej, której założyciel miał w nazwisku czy imieniu znak żółwia? Czy po prostu czysta fantazja.. Jakby nie było, zarąbiste.

Ngondeg

Dodaj komentarz

Filed under inne

Koziołek Matołek w łubiu sobie siedzi

Gdy Xiążę Pepi na rekamierze Żuliettę chędoży
Matołek w łubiu chowa się, niebożę..

Jest w Warszawie Pałac pod Blachą. I nie jest to galeria handlowa ;]

Na murach tegoż pałacu nadoknia zdobione są barokowymi płaskorzeźbami o tematyce orężnej i łowieckiej. Proszę: niżej lwia paszcza (hełm?) nad skrzyżowanymi kołczanem pełnym strzał (!) ze skrytym w pochwie tasakiem o rękojeści z orlą głowicą..

Tu z kolei jakaś partyzana skrzyżowana z toporem, dalej maczuga i oszczep. Wszystko pod tarczą – ładne, ładne.

Jeszcze dalej znów widać kołczan ze strzałami skrzyżowany tym razem z.. GŁOWĄ KOZIOŁKA MATOŁKA wystającą z łubia (⊙_⊙)

Ze fock?!! Nawet jeśli przyjąć, że to niezgrabne [lub prędzej over the top] oddanie broni siecznej z głowicą rękojeści stylizowaną na koźlęcą głowę (są takie egzemplarze) to dalej bez odpowiedzi pozostaje pytanie: gdzie łuk?! Do czego miałyby być te strzały? Zyczek, staram się to rozkminić, a towarzyszy i tak bardziej interesuje boyo współczesnej rzeźby..

łucznicy.. ;p

Przeczytałem hasło Pałac pod Blachą na wikipedii, obejrzałem filmiki z kanału Zamku Królewskiego w Warszawie, ale w dalszym ciągu żadnej wskazówki, która rzuciłaby światło na tę tajemnicę. Poza wzmianką o tym, że w Pałacu znajduje się barokowy obraz francuskiego malarza przedstawiający Dianę z łukiem, strzałami i psem. Strzały na tym obrazie mają podobne opierzenie do tych z płaskorzeźby, czyli dość wysokie i bardzo blisko nasady. Może zatem występuje tu jakaś symbolika zaczerpnięta z mitologii greckiej/rzymskiej? No bo Diana –> wsie, lasy, zwierzyna, łowy, a to i Faun/Pan, kopytny bożek. Ponadto Jakub Fontana -architekt zatrudniony przy budowie PPB- współpracować miał często z rzeźbiarzem Janem Chryzostomem Redlerem, a ten gustował tematyce mitologicznej i alegorycznej. Zacząłem zatem delikatnie zgłębiać temat i tych kozłów w zestawieniu z łukami, strzałami i kołczanami widać coraz więcej :[]

Na monetach, na tabliczkach z brązu. Może się nie chowają w sajdakach, ale jednak. Kozioł przedstawiany żywy, nie ustrzelony – ponoć dlatego, że jako jedyny z dzikiej zwierzyny był dozwolony do składania w ofierze. Czyli żywy chwilowo. BTW, rogi tych kozłów służyły im do produkcji łuków. Na tych monetach jednak, to nie dość, że żywy, ale i wolny oraz opisany jako kreteński. Nie jest to bez znaczenia, myślę, zwłaszcza w zestawieniu z tą wzmianką o Kallimachu i jego epigramie o kozłach z Delos.

Moja hipoteza odrzuca Pana i nabiera konkretnych kształtów już z samą Dianą :] Czyżby ów kozioł z Pałacu pod Blachą harcował bezkarnie w łubiu, gdyż łuk, który miał go ustrzelić, został złożony w świątyni Artemidy na świętej wyspie Delos? Czy też bardziej prawdopodobna jest hipoteza Norberta, mistrza bądź co bądź łuczniczego, że gość który umiał rzeźbić łuki miał wolne, a ten który go zastępował umiał rzeźbić kozy? Tak na serio, to jeszcze wspólnie rozważaliśmy godło któregoś z cechów rzemieślniczych. Łubienników, kołczanników czy innych Köchermacherów, choć cóż by oni mieli za znaczenie w drugiej połowie XVIII wieku, a nawet jeśli, to gdzieżby mogli reklamować się na co trzecim nadokniu pałacu? Nic zresztą nie znalazłem co by potwierdzało ten wątek. Kołczannicy byli razem z siodlarzami, a kozła w godle cechowym mieli np. kurdybanicy, owszem, ale stoi w pełni widoczny nad narzędziami, a tych naszemu Matołkowi brakuje.

Herby Lubomirskich i Poniatowskich (Szreniawa i Ciołek) też kozła nie mają. Intryguje mnie to. U tell me what the fuck it means :]

Ngondeg

żródła (poza wiki):

Eiring, Jonas. “The ‘Knossos Hunt’ and Wild Goats in Ancient                            Crete.” British School at Athens Studies 12 (2004): 443–50. http://www.jstor.org/stable/40960802.

vcoins.com

godła rzemieślnicze i przemysłowe krakowskie

7 Komentarzy

Filed under inne

Podbój

Trzciny plujące strzałami, magiczny „Polaris” z cięciwą tył na przód, gołe baby i ludzie psy:

Kurczę, nawet akcent sinologiczny w tym filmie się znalazł, bo zły duch pomagający pani z wężem wygląda jak Zhao Mo – Król Nanyue w stroju pochówkowym :o

Ngondeg

P.S.

Nie dziwi mnie już, że to Włoch napisał „The Heretic Archer” :]

1 komentarz

Filed under inne

mój Kanton (4) ul. Pekińska

Ulica Pekińska, to coś jak Marszałkowska. Niby główna, ale trąci myszką. Z tym tylko, że Pekińską lubię :) Dawniej, w czasach przed metrem, była dla nas jakby oknem na świat, bo przystań promu kursującego z uniwerku znajdowała się właśnie na jej południowym krańcu. Tianzi Matou – 天字码头- jej na imię, a ono od fizycznego podobieństwa do znaku 天 pochodzi. Na rzucie poziomym powinno  być widać :)

zejście na prom

widok z Yanjiangzhonglu

widok przystani i Pekińskiej z promu

Bardzo mi się podobała ta ulica kiedyś i zostało tak do dziś. Zwłaszcza podcienie. Sam jej południowy początek jest bardzo spokojny i prawie niezmieniony. Niestety zniknął mój ulubiony zakład wyrobu tradycyjnych pieczątek. Ileż ja ich tam ich zamówiłem! Cóż, widocznie szefowi się zmarło, a teraz jakby pieczątki mniej popularne, czy co..

część środkowo-południowa

„Czamki” ;)

poprzeczne zaułki

Strasznie zapuszczona. Aż dziw. Nie to, żeby mi przeszkadzało. Skądże! Zauważyłem pewną istotną zmianę w porównaniu z pierwszą połową lat ’90. Mianowicie wtedy na tej ulicy znajdowały się co lepsze domy towarowe. Może nie galerie, w dzisiejszym słowa rozumieniu, co domy towarowe, jak kiedyś nasze Domy Centrum. Teraz, te które przetrwały, ostały się formie okrojonej i są jakby cieniem dawnych siebie (jak np. Xin Da Xin) albo w formie zupełnie zmienionej.

Taikang Cheng Guangchang

Najczęściej zostały przerobione na pół-hurtownie z malutkimi boksami outletowymi. Nowsze centra też są, ale również sprawiają wrażenie zaadaptowanych do innych celów, niż te, do których były przeznaczone. Często owe boksy są mniejsze niż na fotce niżej. W środku siedzą po 2-3 osoby. Gdy nie ma klientów (na pobliskiej Taikanglu sporo kupców arabskich, trochę europejskich, afrykańskich) przygotowują towar, kleją elementy itp.. W jednym z takich miejsc jedna pani kleiła obrazki na lusterka takim samym klejem w lasce, ino osadzonym w sprytnym pistoleciku-podgrzewarce, jakim wkleja się inserty grotów do promieni strzał :)) Kilka razy zdarzyło mi się widzieć zapalanego papierosa w tych ciasnych magazynkach. W razie pożaru, to nawet nie chcę myśleć co tam się będzie działo.. Mam wrażenie, że jedyne co konserwują, to schody ruchome..

BTW, w centrum hurtowym Taikang operuje bardzo dobri Pan Cinkciarz. Ma najlepsze stawki, jest reliable (wymieniają u niego kasę lokalni kupcy) nie wciska fałszywek i wygląda jak postać z wczesnych filmów Johna Woo :) Pająk z plecakiem na klacie. Zwłaszcza, że teraz utrudnili procedurę wymiany w bankach i można urodzić jeża zanim dostanie się pieniądze. Jeśli z bankomatu nie idzie pobrać,  albo ma się gotówkę,Pan Cinkciarz jest jak znalazł. Można pójść do dziewczyn od pudełek i woreczków na II piętrze, tuż obok schodów ruchomych i poprosić o kontakt, ale pewnie znają go wszyscy ;)

część centralna

mini trolejbus!

Porządniejsze galeryje też są, owszem. Może ze dwie, przy czym jedna obecnie  w remoncie, ale przed remontem i tak czynny był tylko parter.. Cienko. Centrum życia przeniosło się gdzie indziej, czy może za dużo tego pobudowali? Pan taryfiarz, Henańczyk, który nas raz wiózł na Pekińską powiedział, że ostatnich parę lat jest chudszych, ale dalej żyje się nieźle. Korzystając z okazji, że się trochę zbrataliśmy, podpytałem o rdzennych Kantończyków. O to, jak traktują przyjezdnych. Generalnie jest OK. Miał ciekawą teorię, wg której najlepiej traktują cię  młodzi i starzy. To znaczy do 35 i powyżej 50 roku życia. Ci pośrodku chodzą z zadartym nosem do góry. Rzekomo dlatego, iż pamiętają czasy, gdy Kanton niewiele znaczył i na ich oczach podniósł się na nogi. Przy okazji jednak zauważył, że dalej są niebo wyrozumialsi niż Szanghajczycy. Mieszkał i pracował w Szanghaju parę miesięcy i wg niego tam potrafią dać ci poczuć, że jesteś „czarny” :)

Cukiernia Tous Les Jours – Galeria Yang Zhong Hui

specialité de la maison: pączek mątwiany

W „Tous Les Jours” espresso 18 kuaiów i pani uprzedza, że mało będzie kawy – raz się jest gadem z kosmosu! ;>

Właśnie w Yang Zhong Hui kupiłem jeszcze jesienią parę ozdób nefrytowych i się „dodaliśmy” z paniami właścicielkami na wechacie, toteż przed przyjazdem dostałem cynk o zmianach i parę fotek z wyrobami do kupienia.

te śpiewające ptaki!

Nie znam się na tym kompletnie i nie noszę (za wyjątkiem złotych czasów studiów kantońskich, kiedy miałem na sobie cykadę z „najprawdziwszego starego nefrytu” kupioną za 3 kuaie na ulicy!) na sobie nic z biżuterii, ale mam jakąś atawistyczną słabość do yu i tym razem też kupiłem dwa drobiazgi. Tykwę dla żony i ruyi dla siebie (do szafki do pomacania raz na czas jakiś). Tę piękną cykadę z filmiku pani już sprzedała :/ Namówiłem KO i Danusię, żeby też coś wzięli. Deal zamknęliśmy w kawiarni przy ul. Pekińskiej, bo znaliśmy miejsce i pani miała blisko :)

 Po zachodniej stronie centralnego (ale bardziej ku północy) odcinka ulicy czekała mnie rzecz, której się nie spodziewałem – buddyjska świątynia PO BYKU. Trochę głupio przed KO i Danusią. Za nic sobie nie mogłem przypomnieć czegoś takiego, ale czytając na necie informacje o tej świątyni (obecnie zowie się Da Fo Gu Si, 大佛古寺) dochodzę do wniosku, że musiała być w jakiejś postaci, skoro pierwszego opata/przeora zaprzysięgali (czy jak ich się tam wynosi do godności) w 1991 więc.. Kurcze teraz, ta postać przybiera mgliste kształty przesłonięte płachtami brezentu na bambusowych rusztowaniach, co może być jakąś indukcją w mojej głowie, ale nie wykluczone, skoro została zniszczona za przez Hongweibinów.. Pomysł odbudowy świątyni w obecnej formie powstał później i kosztował kwadratowe pieniądze – wykupili ziemię, której brakowało, część budowli przenieśli, część dobudowali (a to i tak nie koniec) i zrobili buddyjski moloch będący zarazem miejscem kultu jak i siedzibą różnych stowarzyszeń oraz organizacji buddyjskich. Czułem ulgę wychodząc stamtąd. Zbyt państwowo tam :)

naprzeciwko świątyni (marzec, mind you:)

Tak, Beijinglu, to głównie zakupy. Może nie dla mnie, choć sporo tam ostatecznie kupiłem. Księgarnie, w których lubiłem buszować przed laty się ostały, jednak czuć, że świat przeniósł się do internetu. Nie mogłem znaleźć szkoleniówki łuczniczej w żadnej z nich. Ni książki, ni płytki. Poza nefrytami zrobiłem sobie w aptece mały zapas yunnanbaiyao. Raz spisują z paszportu, raz nie – cholera ich wie :)

prosto z Wyspy Czedżu :]

Zapomniałbym, że w koreańskie kosmetyki tam zaopatruję córkę wychodząc z naiwnego założenia, że w gaoji miejscu będzie mniej jiahuo, czyli podróbek – wiem :) Man, lubię tę robotę, bo jest prosta i przyjemna. Wchodzę do sklepu, wygłaszam krótką mowę, po której Kantonki, czy inne Hunanki (dużo ich tam) pokazują przedramiona, żebym ocenił, która karnacja najbliższa docelowej :] Potem dokonuję zakupu BB shuangów czy innych podkładów, dostaję jakieś gratisy, albo przynajmniej „specjalną cenę” której nie wolno mi za nic wyjawić, bo jak się ludzie dowiedzą, to je powieszą – I mean, I like it ;)

Deptakowa część jest trochę mniej fajna, bo znacznie bardziej zaludniona no i czasem zlatują się do człowieka „muchy” usiłujące wcisnąć zegarki i inne „markowe” guano. Tragedii nie ma – wystarczy zdecydowane „nie, dziękuję” i odlatują. Z drugiej strony jest trochę pierdółek i nawet zostawiłem tam raz zupełnie samych KO z Danusią na kilka godzin. Przeżyli. Ba, nawet zakupy zrobili. Co prawda, wcisnęli im propagandowe koszulki o tematyce Ein Reich Ein Führer Ein Südchinesisches Meer, ale trudno, najwyżej będą im Czamki w Warszawie odmawiać ostentacyjnie manicure ;)

stara mapa – kolorem wyróżniony teren Guangfu Xuegong

Beijinglu, to też (w szerszym pojęciu) przylegające i biegnące równolegle ulice i uliczki. Najbardziej tęskniłem do Wendelu, która starą i bardzo kantońską ulicą jest, ale nie było czasu.. Przecięliśmy ją tylko raz siedząc w taksówce. W TV coś przebąkiwali o gruntownym remoncie.. Przed chwilą zacząłem szperać na necie o historii tych ulic i czytam, że na Wende Lu, przy zejściu z Wenming Lu, gdzie dziś mieści się gimnazjum, dawniej, tj do przełomu XIX i XX wieku, mieściła się Guangfu Xuegong – akademia połączona z zespołem świątynek konfucjańskich (to szkoła dla urzędasów) przy której mieściła się 射圃 (shepu) czyli -ZYCZEK- strzelnica łucznicza. I to od wieków! Dopiero w trzydziestym drugim roku roku ery Guangxu (1906 r. ale tak brzmi donioślej) przerobiono ją na boisko i akademik dla gimnazjalistów. Damn.. Byłem tak blisko. Prawdopodobnie ćwiczono tam łucznictwo jako element rozwoju osobistego literati, nie bojowe, zwłaszcza że garnizon mandżurski był bardziej na południe, pole ćwiczeń (coś jak Mokotowskie) dalej na wschód, ale nawet.. Cóż za zajebiste miejsce! Rozumiem, że jak tam przyjadę nie będą mi spod stóp szły błękitne wyładowania,  a na kamiennym żółwiu  nie zobaczę przytartej czasem inskrypcji „a imię jego będzie Lao Ge”, ale strasznie chcę znów jechać. Na razie jestem apatycznie smutny (jak nie przymierzając Lee Hae Ri:)

Ngondeg

4 Komentarze

Filed under wypady bliższe i dalsze

SNSD i buddyjska pozytywka

Rajt.. bo dalej nie wiem co zrobić z ofiarowanym mi przez Łukasza albumem plakatów Girls Generation. Głupia sprawa, ponoć sam prosiłem, tzn na pewno prosiłem pytany przed jego wyjazdem do Korei, ale zdążyłem zapomnieć, a tu podczas naszego ostatniego spotkania na Siekierkach przyniósł mi ów luksusowy prezent :]

20150823_184656_449

Man.. przede wszystkim naprawdę kul, że ktoś dał mi coś co chciałem, bez oceniania (powiedzmy;) ot tak. No, że nie skarpetki, sweterek, czy może w tym przypadku byłby to wachlarz z koreańskim wzorkiem, bo niestety nie było tego co chciałeś.. Z drugiej strony, co ja u licha zrobię z plakatami Girls Generation? Nie robię w zakładzie produkcyjnym, nie mamy swojego kwoonu na chuojiao, toteż żadnej metalowej szafki na rzeczy nie mam, a w kuchni przecież nie wykleję.. Kalendarz [tak przyjmijmy, że to miał być kalendarz] by jakoś przeszedł, ale tak? ;)

FotuoA może to taki rodzaj koanu buddyjskiego, tylko bez słów? Może powinienem spojrzeć w głąb swej czarnej duszy po czym bez słowa ustawić SNSD na tarczy i oddać w nie serię jako do obrazu pożądań, od których winienem się uwolnić, czy coś? Nie wiem. Na razie leżą na lodówce. Cała historia jest jeszcze bardziej buddyjska przez to, że gdy Łukasz wysyłał je z Korei do siebie do Polski, to na poczcie kazano mu wpisać adres nadawcy, więc wpisał w odpowiednią rubrykę Klasztor Hwagyesa, w którym mieszkał i praktykował. Panie chichrały mając ubaw, co mnie akurat trochę dziwi, bo po przeczytaniu kilkunastu koreańskich legend buddyjskich wydaje się być jasnym, że mnisi buddyjscy przodują w sprośności, lubieżności i wszelakiej innej nikczemności, więc wtf.. ;) Nasze spotkanie już kilka tygodni temu miało miejsce, ale wczoraj sobie przypomniałem, jak zobaczyłem u jednej pani Chinki na stoisku w Wólce owo cacko..

Gaoji pozytywka (nie wiem jak to właściwie nazwać) na 13 pieśni buddyjskich. Byłem tak oczarowany, zahipnotyzowany wręcz, że musiałem nagrać i obfotografować. BTW, każde kliknięcie na filmik może być traktowane jak obrócenie młynka modlitewnego i kasację jednego złego uczynku :p

20150914_103939_872

Buddha be Praised

Ngondeg

13 Komentarzy

Filed under inne

czy ktoś umie grać na bębenku?

Może miałbym pomysł na samorealizację w ramach chińskiego łucznictwa rytualnego – to dystans jakby dla mnie i można uprawiać na sali w-f choć w wersji wypasionej zaczyna się bankietem a kończy rozpryskiwaniem wina duchom, więc nie każda szkoła by na to poszła :)

Naprawdę miło się to ogląda.

Mimo wszystko wolę imprezy ze strojem bardziej casual ;)

Puchar Wójta Gminy Hsiu-Lin w powiecie Hua Lien  na Tajwanie. Aborygeni z lokalnych plemion narodowości Truku wzięli udział, ale może by mnie dopuścili, jakbym z kamienną miną oświadczył, że w głębi serca czuję się Gaoshanem ;) Fajne. Takie coś lubię i rozumiem. Nie żaden turniej dla gości ze sprzętem „z epoki”, czy jakiś wyczyn, a tak po prostu – strzelasz jak umiesz z tego co masz w.. ok, w tarczę. ;)

Ngondeg

P.S.

Do bywalców Bakalarskiej: czy to już obłęd, czy  pani siedząca po lewej ręce przemawiającej pani wójt wygląda/zachowuje się jak szefowa Aromat Viet? :o

4 Komentarze

Filed under inne, kung-fu i inne sztuki walki